Przejdź do głównej zawartości

Jakub Żulczyk, Informacja zwrotna.

Powieść z trójką bohaterów, z których żaden nie jest głównym, ale wszyscy troje to mordercy: depresja, choroba alkoholowa, mafia reprywatyzacyjna w Warszawie. Czyta się jak zwykle Żulczyka: szybko, z zainteresowaniem i z żalem, że to już koniec. Tym razem jest wyjątkowo o tyle, że autor zostawia trwały zapis o tym, że popełniano przestępstwa, że niszczono ludzi i że ten proceder ciągle jest bezkarny, bo wszyscy, którzy mogliby go rozliczyć, czerpią z niego korzyści, ergo siedzą w nim po uszy. Zapisane=zapamiętane. Jest szansa, że kiedyś ktoś sobie przypomni, ktoś inny zbada, a ktoś inny osądzi. Wygląda, jakby wątek o leczeniu choroby alkoholowej miał charakter autobiograficzny. Jeśli tak, szacunek dla Żulczyka, że dał radę i że o tym napisał.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mówimy po polsku. Mówimy po polsku? Nie zawsze. Przy okazji Święta Konstytucji bardzo boleśnie przypomina się problem Polaków z prawidłowym oznaczaniem dat. 3 Maj, Vivat 3 Maj. Bez cudzysłowu. Z ptaszkami po bokach, zgoda. W innym miejscu w sieci nawet przerzuciłam się nawet kilkoma postami na temat cytatu "Vivat Maj, Trzeci Maj". Ja twierdzę, że skoro cytat, powinien być w cudzysłowie, bo inaczej jest błędem. Mój rozmówca uważa, że nie.  A ja się uparłam, że to "trzeci maj" nie jest żadnym licentia poetica, tylko w poprawnej polszczyźnie metrum by się nie zgodziło. Ok, w pieśni niech sobie będzie, ale jeśli przytaczamy, to tylko w cudzysłowie.  Zresztą nie czepiajmy się tego przypadku, w końcu kontrowersyjnego. Mamy pod dostatkiem innych. Swego czasu Prezydent Lech Wałęsa przyczynił się do kariery innego koszmarka, "na dzień dzisiejszy". A autorytety, ludzie naukowo utytułowani, dziennikarze i zwykli ludzie jak jeden mąż zaczęli posługiwać się ...
Wolność jest jak powietrze. Pamiętam, że była wtedy straszna zima. W naszym mieszkaniu nie było prądu, wyłączyli ogrzewanie. Rodzice zawieźli mnie do Dziadków.  I zdarzyła się ta niedziela bez Teleranka. Babcia jak zwykle poszła do kościoła. Po powrocie płakała. Nic nie rozumiałam. Atmosfera w domu była taka, że zaczęłam się bać.  Stan wojenny. W tygodniu pojechałyśmy do miasta. Ulica Narutowicza w Łodzi była wtedy jeszcze brukowana. Przejeżdżały jakieś ciężkie samochody wojskowe. Dudnienie bruku będę chyba pamiętać do śmierci. Mimo mrozu Babcia znowu się rozpłakała, a ja nic nie rozumiałam, ale znowu też się bałam. Wszędzie milicja w majtkowoniebieskich mundurach, przy koksownikach.  Potem Okrągły Stół. Już rozumiałam. Byliśmy z Ojcem na zimowiskach i codziennie zjeżdżaliśmy ze stoku, żeby je śledzić. Pamiętam kłęby dymu, w których tonęli siedzący wokół mebla. Nie pamiętam, co mówili. A oni tłoczyli powietrze, żebyśmy mieli przez następne lata czym o...