Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2018
Zimna Wojna, Paweł Pawlikowski


Właśnie wróciłam z kina.

Właściwie trudno powiedzieć, o czym był ten film. Wątków było kilka, wszystkie tak samo ważne. I tak samo stanowiące tło. To bardzo dziwny firm, bo miałam wrażenie, że nie ma w nim w ogóle pierwszego planu. Jest za to kilka ważnych drugich. 

Miłość. Pozornie dominuje. Dwoje ludzi spotkało się w złych czasach, w złych okolicznościach i podjęli kilka niepotrzebnych decyzji. W efekcie całe życie spędzili na szukaniu się, czekaniu na siebie, odchodzeniu od siebie. 

Komunizm. Mroczne czasy, więzienie, przesłuchania, łamanie człowieka, donosy. Komunizm w filmie miał jeszcze jeden wymiar. Dwukrotnie pokazana widownia, a na niej bolszewickie mordy aparatczyków, nerwowe brawa, gdy wybrzmiała piosenka o Stalinie. To mnie chyba wyprowadziło z równowagi. Nie mogłam przestać myśleć, że te czarno-białe zdjęcia to nasza prawie-rzeczywistość, trochę pokolorowana, jeszcze nie do końca nazwana, ale już podobna. Po prostu się bałam. 

Emigracja. Ta dzisi…
Co mi, Panie, dasz...

Kiedy ostatni raz, Czytelniku, powiedziałeś komuś bliskiemu, że jest dla Ciebie ważny? Dawno? Wiedziałam. Nie mówi się przecież oczywistości. Są albowiem oczywiste. Nic nie jest oczywiste.
Kiedy ostatni raz usiadłeś/usiadłaś w fotelu albo na kanapie albo na innym ulubionym miejscu, żeby pogadać ze sobą? Kiedy zadałeś/zadałaś sobie pytanie: co jest dla mnie w życiu najważniejsze? No właśnie. Kto ma czas na takie bzdury? Życie toczy się w tempie błyskawicy. To codzienność wyznacza priorytety. "Chcę" zastąpione zostało przez bezwzględne "muszę". Dorosłe życie jest jak jazda czerwonym ferrari z dociśniętym do podłogi pedałem gazu. Obrazy za szybą przelatują zamazane. Nie widać, co jest na poboczu. Niektórym przytrafi się katastrofa, nie wejdą w zakręt i bum. Nieszczęście gotowe. 
Czyżby nieszczęście? A może szansa, żeby wytoczyć się z wraku, usiąść na poboczu i zobaczyć polne kwiatki. No wiem, banalne. Kwiatki jak kwiatki. A człowiek? Inny, też wylec…
Człowiek z gołębiem na karku.

Rano zaparkowałam pod budynkiem firmy wyjątkowo daleko, dlatego wieczorem musiałam przemierzyć cały parking, żeby w upale dopaść samochodu. Dzisiaj jednak było inaczej. Gdy wyszłam z klatki schodowej, zamieniłam z portierem kilka miłych słów i nagle przyłączył się do tej wymiany drobniutki człowieczek, młody. Panowie żartobliwie komentowali moje jedzenie (jadłam suchą bułkę 😅). Ruszyłam z człowieczkiem, bo szliśmy w tym samym kierunku. I nagle... na jego karku siedział gołąb. Zwykły, miejski gołąb. Wyglądało, że było mu wygodnie, rozsiadł się szeroko. Człowieczek opowiedział mi historię ptaka. Opowiedział też o kawce, która wczoraj po leczeniu odfrunęła na wolność i o tym, jak bardzo się z tego cieszył.
Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od zawsze i to głównie zasługa człowieczka. Wydawało się, że sprawia mu ogromną radość, że może mi te wszystkie historie przekazać. 
Człowieczek był zupełnie nie z tego świata. Skupiony był na tym, co właściwie najważniejsze…
Wolność jest jak powietrze.

Pamiętam, że była wtedy straszna zima. W naszym mieszkaniu nie było prądu, wyłączyli ogrzewanie. Rodzice zawieźli mnie do Dziadków.  I zdarzyła się ta niedziela bez Teleranka. Babcia jak zwykle poszła do kościoła. Po powrocie płakała. Nic nie rozumiałam. Atmosfera w domu była taka, że zaczęłam się bać. 
Stan wojenny.
W tygodniu pojechałyśmy do miasta. Ulica Narutowicza w Łodzi była wtedy jeszcze brukowana. Przejeżdżały jakieś ciężkie samochody wojskowe. Dudnienie bruku będę chyba pamiętać do śmierci. Mimo mrozu Babcia znowu się rozpłakała, a ja nic nie rozumiałam, ale znowu też się bałam. Wszędzie milicja w majtkowoniebieskich mundurach, przy koksownikach. 
Potem Okrągły Stół. Już rozumiałam. Byliśmy z Ojcem na zimowiskach i codziennie zjeżdżaliśmy ze stoku, żeby je śledzić. Pamiętam kłęby dymu, w których tonęli siedzący wokół mebla. Nie pamiętam, co mówili. A oni tłoczyli powietrze, żebyśmy mieli przez następne lata czym oddychać.
4 czerwca mieszkałam jeszcze z …
Ksiądz się masturbuje...
Zdjęcie z księdzem masturbującym się w środkach komunikacji masowej (pociąg to był, zdaje się) wywołało wprawdzie żywą reakcję wśród internautów, nie na tyle jednak, żeby można było wyraźnie określić, czy emocje poruszył fakt masturbacji, osoba księdza, czy że w miejscu publicznym. 
Masturbacja. Ręka w górę, kto nigdy nie próbował. Owszem, tu i ówdzie dało się słyszeć głosy, że od tego dostaje się nowotwora, albo że siusiak odpadnie albo inne jeszcze rewelacje. Robimy to wszyscy (no, prawie wszyscy, bo część jednak odpadnięcia siusiaka się wystraszyła) w przerwach między jednym seksem a drugim. Nie ma o czym gadać.
Że ksiądz. Ok, przedstawiciele duchowieństwa robią czasem wrażenie, że spadli z Marsa. Odłóżmy jednak na bok ich głębokie przekonanie (albo kolejną manipulację) o pośrednictwie pomiędzy maluczkimi i Bogiem. Są ludźmi (naprawdę) i mają ludzkie potrzeby.
W miejscu publicznym. No tak, tu można się przyczepić. Chyba nie chciałabym zobaczyć gościa nerwowo sz…